W moich postach podkreślam rolę diety w powstaniu zaburzeń odżywiania. Nigdy jednak nie twierdziłam, że to JEDYNA ich przyczyna. To przyczyna NUMER JEDEN. A to duża różnica.
Trzy koleżanki zaczną się odchudzać, ale tylko jedna wpadnie w problemy. Zdecydują o tym inne czynniki, takie jak choćby perfekcjonizm, jej poprzedni sposób odżywiania, skłonność do nałogów itd.
O innych przyczynach i aspektach tych zaburzeń napisałam ponad 200 artykułów, do których odsyłam, jeżeli ktoś uważa, że uogólniam.

Jeszcze raz przypomnę schemat, który według mnie obrazuje drogę do zaburzeń:

Problem –> Niskie poczucie własnej wartości –> Dieta –> Błędne koło zaburzeń

A nie tak jak mnie uczono na moich terapiach, czy wyczytałam w książkach:

Problem –> Zaburzenia odżywiania.

Problemem może być brak miłości, toksyczny dom, odrzucenie przez rówieśników, gwałt, narkotyki, przekarmianie i dziecięce uzależnienie od słodyczy (o tych ostatnich dwóch, będzie ten artykuł)

Niskie poczucie własnej wartości też może objawiać się w inny sposób, nie tylko jako „jestem brzydka, chce być ładna”. Ktoś napisał, że chciał zwrócić w ten sposób na siebie uwagę. Nie kwestionuję.

Ale potem zawsze pojawia się próba kontroli jedzenia. Inaczej nie doszłoby do zaburzeń.

W wielkiej liczbie przypadków wygląda to też po prostu tak:

Dieta –> Zaburzenia odżywiania

Nie mówię, że ZAWSZE tak jest (uogólniam). Ale widzę to często w mojej pracy z dziewczynami. Ponad połowa moich podopiecznych tak właśnie zaczęła: chciała szybko schudnąć na ślub, albo zrobić redukcję na lato, po czym obudziła się pięć lat później w szpitalu, czy u mnie na mentoringu.

Dzisiaj chcę porozmawiać o tym co poprzedzało cała tą tragedię i od kiedy można mówić o zaburzeniach odżywiania?
Na początek oddaję głos moim czytelniczkom:

Już jako małe dziecko byłam gruba, bo cały czas chciałam jeść, matka nie nadążała z karmieniem, potem słodycze, mnóstwo słodyczy, nadwaga. Potem nagle schudłam, sama z siebie, rosłam, miałam sporo ruchu. I w tym momencie zrobiłam błąd życiowy: skoro tak ładnie schudłam, to dlaczego nie schudnąć więcej? Dieta i reszta już standardowo.

O Aniu, teraz zobaczyłam ten twój komentarz, pisałam już kilkakrotnie do ciebie o moim przypadku beznadziejnego obżartucha od dziecka. (…) także czekam na coś dla osób, które tak jak ja zaczęły się obżerać bez wcześniejszej diety. Tak oczywiście od dzieciństwa lubiłam żreć więcej niż inne dzieci I odkąd pamiętam chciałam schudnąć, bo byłam gruba I miałam kompleksy, ale chcieć schudnąć, a robić coś to dwie różne rzeczy. Nie pamiętam kiedy zaczęłam ciągle myśleć o jedzeniu, chciałam tylko ograniczyć słodycze, ale kiedy to zrobiłam, zaczęłam mieć na nie jeszcze większą ochotę…

Najpierw się obżerałam byłam grubym dzieckiem, ładowałam tony słodyczy, nie liczyłam kalorii, w wieku 13 lat chciałam ograniczyć słodycze, ale nie udało się. Jest jeszcze gorzej, zamiast schudnąć jeszcze przytyłam I mam meega napady po 4000 kcal, a nie kompensuje. Po prostu jestem nienormalna, jestem jakimś chorym wyjątkiem, paskudnym obżartuchem I tyle.

No to skąd się biorą takie „obżartuchy”?
Odpowiedzi zaczęłam szukać, przyglądając się swojemu „przypadkowi”. Co działo się zanim ja sama wpadłam na pomysł diet?

Swoje dzieciństwo pamiętam całkiem dobrze. Pamiętam też, że jedzenie odgrywało w nim bardzo ważną rolę.
Pokażę Ci kilka migawek:

Mam kilka lat. Wdrapuję się po zlewie do najwyższej szafki w kuchni, tam gdzie są schowane przede mną (!) słodycze. Wcześniej były w barku naszej meblościanki, ale jak podrosłam, zaczęłam do niej sięgać i je stamtąd wyjadać. Teraz nie mogę ich ani dosięgnąć, ani zejść. Stoję i płaczę.

Mama z ciotką powtarzają mi cały czas, że muszę zacząć uważać, bo jak nabiorę tłuszczu do dziesiątego roku życia, to on już mi zostanie na zawsze.(Nie wiem co to za teoria) Przerażona liczę ile mam lat, by zdążyć się odchudzić.
Wiem, że mówią tak, bo lubię słodycze. Cały czas się ich domagam: mamo kup mi loda, kup mi draże, kup mi wafelka.

Wczesna podstawówka: Codziennie ciągnę swoją przyjaciółkę „Ankę z dołu” do sklepu po słodycze. Bez nich mi się nudzi. Gdy Anka nie ma pieniędzy (nie dostaje kieszonkowego) podrzucam jej złotówki do kieszeni. To taki nasz milczący układ. Ona je „znajduje” i możemy iść.

Jestem z tatą w barze mlecznym „Marcinek”. Zmiatam cały obiad do czysta; ziemniaki, kotlet, surówki. Wcześniej była zupa. Tata patrzy na mnie z niesmakiem i mówi: Ale masz spust, to na pewno nie po mnie – i pokazuje swoją niedojedzoną porcję. Widzę w jego oczach to samo co wtedy, kiedy mówi mamie: Znowu jesz? A ona płacze. Potem przez lata mówi to też i mnie.

Na zawał spowodowany miażdżycą umiera mój ekstremalnie otyły dziadek. Kilka dni po pogrzebie, starszy kuzyn mówi mi, że jak będę tyle żreć, to też tak skończę. Mam koszmary przez kilka miesięcy.

Ukradkiem podgryzam cukrowego baranka ze święconki. Mam zamiar tylko skosztować. W pewnym momencie robi mi się niedobrze. Czuję to, ale „kosztuję” dalej. Mama mnie przyłapuje i krzyczy że jak my teraz pójdziemy z tym do kościoła, skoro wrąbałam całą głowę!

Takich wydarzeń pamiętam sporo i pewnie nie zwróciłabym na nie uwagi, gdyby nie natychmiastowe piętnowanie ich ze strony otoczenia.
Bardzo szybko nauczyłam się, że mój apetyt to coś nienormalnego i wstydliwego.

Ale dlaczego go miałam? Czy to już było coś patologicznego? Czy może tak po prostu działa mój organizm?
Nie jestem naukowcem, nigdy też nie zrobiłam sobie żadnych testów. Nie wiem.
Z książek dowiaduje się, że na apetyt, czy preferencję smakowe wpływają hormony (leptyna i grelina), budowa mózgu, geny, grupa krwi (podobno grupa krwi A preferuje węglowodany w diecie) no i w końcu wychowanie.
Jeżeli od najmłodszych lat czujesz, że robisz coś „złego”, zaspokajając swój głód i widzisz, że wszyscy w koło są na diecie, możesz wyciągnąć takie, a nie inne wnioski.
Nie mówię, że rodzina miała mi pozwolić objadać się słodyczami, ale mówienie „nie jedz tego”, gry robi się dokładnie to samo, raczej nie przyniosło dobrych rezultatów.

Lubiłam słodkie. Dalej lubię.
My ludzie, preferujemy ten smak. Cukier oznacza dla nas czystą energię, na przykład z owoców.
Robiono ciekawe badania na nienarodzonych jeszcze dzieciach. Okazało się, że gdy mama zje coś słodkiego, maluchy częściej łykały słodki płyn owodniowy. (Może nasze mamy jadły zbyt dużo słodyczy w ciąży? Dlatego my je tak kochałyśmy jako dzieci? Myślałam o tym, ale nie mam niestety żadnych dowodów, popierających tę hipotezę.)
A więc wszyscy lubimy słodycz, ale widocznie niektórzy bardziej niż inni.
Wczoraj dostałam list, gdzie Wilczyca opisuje jak to wyjadała cukier z cukierniczki. Jej tata robił dokładnie tak samo, gdy był mały. A więc to jakaś tendencja. Genetyczna? .

I czasami to nie ma nic wspólnego z zaburzeniami. Mój super wysportowany teść pytał mnie ostatnio, jak może skończyć ze słodyczami, bo przez nie, całe życie walczy z brzuszkiem – co prawda skutecznie, ale jest już tym zmęczony. Teść tak jak ja, ma grupę krwi A – może coś w tym jest? Kolejna hipoteza, na którą nie dam Ci satysfakcjonującej odpowiedzi.

Wracając do mojego przypadku; kolejną sprawą jest to, że w moim domu nie było wartościowego jedzenia. Nikt nie miał czasu gotować. Ojciec na morzu, mama w pracy; zestresowana i zarobiona. Zawsze powtarzała, że nie jest kurą domową i nie będzie stać przy garach. No to stołowałam się w garmażerce. Nie widziałam żeby ktokolwiek jadł śniadanie, więc też tego nie robiłam. Jadło się na noc; biały chleb z margaryną i plastrem sera. Nie przypominam sobie, by w domu były jakieś warzywa czy owoce.
Zawsze jak mama wyjeżdżała na kilka dni, babcia przychodziła się nami zajmować i wtedy było gotowanie. Pamiętam, że dziwiłam się, jak zupełnie inaczej wygląda nasz kosz na śmieci – obierki ziemniaków i warzyw, a nie jak zwykle plastikowe, lekkie opakowania po jedzeniu. Targałam go później na śmietnik,  dziwnie ciężki i zbity.

Wniosek z tego niestety jest taki, że do dania, w którym rozpoczęłam swoją pierwszą dietę, byłam karmiona bezwartościowym i przetworzonym jedzeniem. Rozpoczynałam ją więc z ogromnym bagażem niedożywienia.

No dobrze, to czy w takim razie byłam gruba jako dziecko? Zdjęcia pokazują, że absolutnie nie.
Ale tak się czułam.
Może faktycznie byłam odrobinę większa od koleżanek? A może to suma tych wszystkich uwag i komentarzy to sprawiła, że skrzywił mi się mój własny obraz? Nie wiem i już się tego nie dowiem. Nie mogę wrócić do przeszłości i spojrzeć na tamtą sytuację obiektywnie.

Fakt jest taki, że zaczęłam się odchudzać i rozpętało się piekło.

*

Czy grube dziecko to dziecko z ED?
Na blogu „Eat Like a Normal Person” znalazłam logiczne wyjaśnienia tego dylematu, które pokrywa także się z moimi obserwacjami w pracy z podopiecznymi.

Jest sobie taki maluch, któremu apetyt dopisuje, ale to samo w sobie nie jest złe. Maluch wychowuje się w rodzinie, która nie ma dobrych nawyków żywieniowych, a do tego kochana babcia wciska weń słodycze. Zresztą słodycze zajmują centralne miejsce w życiu emocjonalnym rodziny.  One mówią: kocham Cię, przytulają, dają bezpieczeństwo. O wiele lepiej niż słowa, o które jakoś trudno.
Zresztą słowa to coś, co wychodzi i znika, a czekolada wchodzi i zostaje, w postaci realnych kilogramów. Mogę zobaczyć jak skutecznie kocham swoje dziecko.

Ale w pewnym momencie wszystko wymyka się spod kontroli. Zaczyna się obżeranie.
Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że słodycze uzależniają, a po drugie ktoś kto żywi się w większości nimi, ma ogromne deficyty makro i mikroelementów. Tak jak argumentowałam już w poście „Pseudojedzenie”, ciało wie, że nie dostało ważnych składników odżywczych, więc ciągle wysyła sygnał: Daj mi jeść.
Ty to odczuwasz jako niepohamowane ssanie, a że już jesteś przyzwyczajona i nauczona jeść słodycze, sięgasz właśnie po nie. To powoduje jeszcze większe braki w organizmie i jego kolejną reakcję: Gdzie moje jedzenie??? Daj mi!!!
A Ty znowu lecisz po ciastka. Tym razem pakujesz większą ilość, kalorie się nabijają, a organizm jest co raz bardziej głodny.

I wtedy wkracza pediatra, który każe iść na dietę, albo rodzice sami się reflektują. Dietetyk, ograniczania, niskokaloryczny wióry i wata.
Jedną z moich podopiecznych zaczęto odchudzać już w wielu sześciu miesięcy. Wyobrażasz sobie jak mocno w takim wypadku jej mózg zakodował: Nie ma jedzenia. Jedzenie to coś, czego trzeba szukać, łapać i zjadać, bo nie będzie. Nic dziwnego, że od najmłodszych lat ciągnęła się za nią opinia obżartucha, który musi uważać na to co je.
Właśnie tak dziecko zaczyna kojarzyć jedzenie z czymś złym, zakazanym, ale i przynoszącym ogromną przyjemność. Czymś co robi się w ukryciu.

Kiedy jedzenie staje się nałogiem, zaczyna spełniać także funkcję emocjonalnej podpory, leku na całe zło.
Co robi palacz, gdy się zestresuje? Wyciąga papierosa.
A alkoholik, gdy czuje się samotny? Sięga po flaszkę.
A zakupoholik, gdy jest mu źle? Idzie na zakupy.
A jedzonioholik? Sięga po jedzenie.

*

Wracając do pytania: Kiedy zaczynają się zaburzenia?
Czy mój (Twój?) stosunek do jedzenia w dzieciństwie można nazwać zaburzonym?
Ok, nie jest normalne, że w wieku pięciu lat zjadłam siedem jajek z majonezem na przyjęciu (legenda rodzinna), ale może to dlatego że, przez cały tydzień jadłam tylko chleb z pasztetem i nikt nie zwrócił na to uwagi?
A może dlatego, że odziedziczyłam geny po moim otyłym dziadku?
A może mój poziom greliny bardzo powoli się obniża i nie czuję natychmiast, że jestem najedzona?

Jednak uważam, że to wszytko, co się stało przed dietą, było tylko preludium nadchodzącej katastrof – solidny fundament do późniejszego uzależnienia. Do tego doszły kolejne cegiełki: mój perfekcjonizm, niskie poczucie własnej wartości, impulsywność, łatwość „wkręcania się”. I oto jestem tym kim jestem; byłą bulimiczką- Wilczycą z piętnastoletnim stażem.
Jestem przekonana, że gdybym nigdy nie przeszła na dietę, byłabym teraz kimś zupełnie innym. Może prezesem banku, tak jak marzył mój tata? (Taki żarcik)

A Ty jak myślisz, co było wcześniej? Jajko czy kura? Objadałaś się w dzieciństwie tak sama z siebie, czy to też był tak jak u mnie, wynik wielu nieszczęśliwych zbiegów okoliczności; genów, preferencji, wychowania?
Co doprowadziło Cię do decyzji o diecie, albo o pierwszej kompensacji, jeżeli diety nigdy nie było?
Podziel się z nami swoimi przeżyciami.

*

Jeżeli potrzebujesz wsparcia, zapraszam Cię na indywidualny mentoring ze mną 1 na 1. Więcej informacji tutaj: mentoring
Przeczytaj opowieści kobiet, które mi zaufały: Ania, Kasia, Ala, Kasia D, Paulina

Albo na kurs online. Pierwsza lekcja tutaj: Lekcja 0

Zawsze możesz też do mnie napisać: wilczoglodna@gmail.com